Media w czasach kryzysu

Foto-Przemyslaw-Skowron_1
Jak wyglądały media dwadzieścia cztery lata temu? Jakie zmiany w odbiorze wśród słuchaczy zaszły na przestrzeni wielu lat? Czy zawód dziennikarza nadal jest zawodem zaufania publicznego? Zapraszamy na rozmowę z Przemysławem Skowronem, dziennikarzem, prezenterem radiowym i pisarzem

Media są czwartą władzą. I trudno się z tym nie zgodzić. Media mają ogromną siłę – dostarczają informacji i wpływają na światopogląd społeczeństwa. Kreują naszą rzeczywistość. W zawodzie dziennikarza powinna królować subiektywność i obraz faktów. Nie naginamy rzeczywistości, nie piszemy inaczej, niż jest, mówimy prawdę i opracowujemy rzetelne oraz wartościowe teksty. Jak wyglądały media dwadzieścia cztery lata temu? Jakie zmiany w odbiorze wśród słuchaczy zaszły na przestrzeni wielu lat? Czy zawód dziennikarza nadal jest zawodem zaufania publicznego? Zapraszamy na rozmowę z Przemysławem Skowronem, dziennikarzem, prezenterem radiowym, pisarzem, konferansjerem, podcasterem, lektorem i fotografem. Rozmawia Elżbieta Jachymczak, redaktor naczelna dwumiesięcznika „Business Intelligence”

E.J.: Od 1997 roku jesteś związany z mediami, głównie z radiem RMF FM i audycją „Wstawaj, szkoda dnia”.  Jak wyglądały media dwadzieścia cztery lata temu?

P.S.: Nie były tak szybkie, tak natychmiastowe. Nie trzeba było na „już”. Jeździłem z mikrofonem, jako reporter, nagrywałem dźwięk, montowałem go i był gotowy na wieczór albo na rano. Teraz tak nie ma. Teraz musi być na „już”, przesłany najlepiej w sekundę i w tym samym momencie zmontowany. Dodatkowo dziennikarz radiowy musi dostarczać zdjęcia oraz filmy. Jeszcze dwadzieścia lat temu śmieszyło nas, kiedy dostaliśmy pierwsze aparaty cyfrowe, a teraz to codzienność. Jedziesz, robisz zdjęcia, przesyłasz dźwięk. Najbardziej zwiększyło się tempo. Na tym polu radio wygrywa z prasą.

Kiedyś robiliśmy poranny program, patrząc, co się dzieje właśnie w gazetach. Zakładaliśmy, że ludzie przyjdą do pracy, otworzą je w tramwaju, będą czytać i będą o tym mówić. A teraz jest tak, że news pojawia się, dajmy na to, w poniedziałek po południu. We wtorek pojawia się rano w radiu, a wieczorem w telewizyjnych wiadomościach. Następnego dnia wszyscy o nim zapominają, a w środę rano jest w dopiero gazetach. Żyjemy w świecie digitalizacji, a informacje muszą być aktualizowane na bieżąco.

Czy marzy Ci się własna stacja radiowa?

Własne radio? Miałem kiedyś takie pomysły stworzenia różnych rozgłośni, ale raczej nie. Sprawdzam się tutaj, gdzie jestem. Ewentualnie, gdybym miał więcej czasu, więcej mocy przerobowej, to pewnie bawiłbym się w jakieś „wyspecjalizowane” audycje. Tylko już nie na naszej antenie, ale na jakiejś pokrewnej, może w RMF Classic. Wciąż marzy mi się cykliczny program o muzyce klezmerskiej. Jak już – mogę się wyszumieć, to w podcastach.

Jaka tematyka interesuje Redaktora Skowrona?

Gdybym miał wszystko zebrać do wspólnego mianownika, to myślę, że byłby to człowiek. Każdy skupia się na czymś innym. Mnie interesuje akurat druga osoba – opowiadanie o człowieku i pokazywanie go światu, a przy okazji odkrywanie tego świata przez kolejnych ludzi. Gdy prowadzę imprezy, to też zawsze szukam tego drugiego człowieka, a impreza jest wokół niego. Kiedyś to sobie uświadomiłem. Gdy robię zdjęcia, na przykład reportaż ślubny, to skupiam się na serii portretów. W radiu też skupiamy się na człowieku, bo jest on najbardziej istotny. Tak, najbardziej interesuje mnie właśnie człowiek.

To słuchacz jest brany najczęściej pod lupę?

Docieramy do człowieka, mówimy do człowieka. Słuchacze często opowiadają na antenie o swoim poranku. Wysyłają nam zdjęcia swojego radioodbiornika, drogi do pracy, najfajniejszych rzeczy, które mają w domu, albo miejsc, w których pracują lub robią zakupy. To bardzo dużo uczy o człowieku. My – mam na myśli prowadzących poranek w RMF –  mieszkamy w wielkim mieście, to rzutuje na nasze wyobrażenia o świecie, na obraz słuchacza – zakładamy, że jedzie o poranku tramwajem, czy stoi w korku.  A tu się okazuje, że ktoś może jechać przez las do pracy, może iść na nogach, jechać rowerem… albo słucha radia, bo ma małe radyjko zawieszone na drzewie, w Bieszczadach. 

Robiąc program, mam w głowie obraz tych wszystkich ludzi, którzy nas słuchają. Mówimy do człowieka i naszym zadaniem każdego poranka jest to, żeby go dobrze nastroić, żeby miał świetny humor, i żeby go jeszcze poinformować o tym, co się dzieje dookoła. Najlepiej w jakiś taki lekki, zabawny sposób. Na tym polega moc programu Wstawaj Szkoda Dnia.

Jakie zmiany w odbiorze wśród słuchaczy zauważasz na przestrzeni tych wszystkich lat swojej pracy?

Zauważam jedną zmianę. Kiedyś można było na antenie powiedzieć więcej i ludzie byli spokojniejsi. Wszyscy wiedzieli w radiu, że my sobie błaznujemy i to, co mówimy, należy wziąć w cudzysłów i się na tym nie skupiać. Natomiast teraz ludzie o wiele bardziej nerwowo reagują na to, co mówisz. Podzieliliśmy się na dwa plemiona i gdy powiesz coś na członka jednego plemienia, to zaraz dobijają się jego obrońcy. Powiemy coś o pani Pawłowicz, to zaraz dzwonią miłośnicy PiS-u i mówią, że sprzedaliśmy się Donaldowi i pytają; za ile. Powiemy coś o Borysie Budce, to dzwonią fani Platformy. Jest jakaś taka spina w ludziach, ale to nawet nie dotyczy spraw politycznych, tylko takich zwykłych, codziennych.

Czy ludzie stracili poczucie humoru?

Odnoszę takie wrażenie, że to wszystko zmierza właśnie w tym kierunku. Na przykład był niedawno  “Dzień dokarmiania zwierzyny leśnej” Naprawdę są takie dni (uśmiech),  więc mówię do słuchaczy: „Gdy jedziecie przez las, to rzućcie tam sarenkom czekoladę”. Nie do końca mówiłem serio, po prostu rzuciłem, żeby było wesoło. I wtedy zadzwonił jakiś oburzony człowiek, który mówił coś w stylu: „Co to za kretyn siedzi u was na antenie. Jak można opowiadać takie rzeczy, przecież ta sarenka się zatruje”. Proszę, wyluzujmy troszkę, uspokójmy się, przecież wiadomo, że ja nie mówię tego poważnie, żeby rzucać sarenkom czekoladę. Ludzie mają krótszy lont, niż mieli kiedyś, mają bardziej pionową krzywą wkurzenia.

Przypuszczasz, z czego to może wynikać?

Być może z nakręcania się polityką. Tego kiedyś nie było. Może z gonitwy świata, dużego tempa życia, ilości informacji do przetrawienia? Ludzie mają mniej czasu dla siebie, mniej czasu na refleksje, na to, żeby pomyśleć: „Aha; ten facet powiedział głupotę, może to dla nie było śmieszne, ale kogoś innego to ubawiło…”. Nie zaraz łapać za telefon, wydzwaniać i z oburzeniem wyrzucać z siebie brzydkie słowa. Czasem lepiej machnąć na to ręką. Wszystkim się zdarza powiedzieć coś mniej mądrego w pracy, tylko mnie słyszy cała Polska, taka jest różnica.

Prowadziłeś nie tylko poranne pasmo, lecz także audycje kulturalne, m.in. serwis informacyjny. Czy świat mógłby istnieć bez niezależnych mediów?

Nie, dlatego że to media go stworzyły i w dużej mierze jest taki, jaki jest, właśnie dzięki nim. I gdyby one nagle dzisiaj zniknęły, to świat mógłby się zawalić.

Media dostarczają nam informacji, bez których nie jesteśmy w stanie funkcjonować. Pytanie, w jakiej odsłonie będą one istniały w przyszłości? Czy całkowicie przeniosą się do Internetu? Czy może jednak radio i tradycyjna telewizja pozostaną? Jak to będzie wyglądać?

Przeżyłem czterdzieści śmierci radia. Zapowiadanych, wieszczonych i opisywanych, których to rzekomo mieliśmy być świadkami. Radio przetrwało i wykorzystało Internet jako kolejne pasmo nadawania, kolejną niczym nieograniczoną częstotliwość. Piękną stroną radia, a jednocześnie minusem, jest jego ulotność. W tej ulotności jest jakaś magia.

Natomiast jeśli coś trafia z anteny do internetu; temat, treść, fragment audycji, jej zapis, dźwięki – to rzecz zyskuje nowe życie. Może trwać. Media – radio i internet genialnie się uzupełniają, nie ma drugiej, tak komplementarnej pary mediów.

Radio jako takie się nie zmieni – zostanie w takiej formie, w jakiej jest obecnie. Ludzie jednak chcą mieć uporządkowaną muzykę, taką dobraną pod siebie; uporządkowane, szybko podane, najważniejsze wiadomości. I to dostają w RMF-ie. Dodatkowo jest jeszcze wesoły pan DJ, który nakręci wszystkich pozytywnie i powie coś śmiesznego. Oczywiście znajdziesz to wszystko w Internecie, pewnie nawet coś zabawniejszego, lepsze informacje, cudowniejszą muzykę, ale tu masz wszystko podane jak na tacy. Wszystko w takich proporcjach, w jakich trzeba, więc nie sądzę, żeby Internet temu zagroził.

Czy zawód dziennikarza jest według Ciebie zawodem zaufania publicznego?

Dzisiaj prawie nie ma dziennikarzy. Są tylko partyjni funkcjonariusze oddelegowani na  odcinek mediów. Gdy sobie popatrzysz, to każdy gdzieś tam ciągnie w swoją stronę. Nikt nie opisuje rzeczywistości, tylko próbuje ją tworzyć. Informację wypiera, a często zastępuje komentarz.

Powinniśmy się otworzyć na fakty. Nam – mówię o porannym programie –  to się udaje. A wyzywają nas jedni, i drudzy. Mówię o obu stronach naszej, polskiej barykady. Kiedyś obiecałem sobie, że zbiorę tych ludzi, którzy do nas piszą, zbiorę ich namiary i zrobię forum, w celu ustalenia w końcu moich preferencji politycznych. Wyzywali mnie, że należę do fanów Kaczyńskiego albo że kupił mnie Kwaśniewski, ile mi płaci Donald. Fanatycy każdej opcji przypięli mi łatkę – swoich przeciwników. Największy komplement usłyszałem pół roku temu. Zadzwoniła do mnie pewna pani i powiedziała, że słucha mnie nasty rok, ale wciąż nie wie, jakie mam poglądy polityczne. Więc chyba udaje mi się siedzieć na tej barykadzie i być tak zwanym centrystą znienawidzonym przez członków obu zespołów politycznych. Mogę mówić o dużym szczęściu, dlatego że my jesteśmy chyba jedynym takim medium ogólnokrajowym nadającym spoza politycznego środka decyzyjnego.

Dlaczego zostałeś dziennikarzem, skoro byłeś rysownikiem? Czy media są Twoją pasją?

Zupełny przypadek. W gazecie były obok siebie dwa ogłoszenia – „rysownika zatrudnię”, a powyżej „radio szuka młodych”. Pamiętam, bo nosiłem je ze sobą dłuższy czas w portfelu. Dzwoniłem wiele razy w sprawie tego rysownika. Pani mnie tam, nieładnie mówiąc, spławiała i spławiała … Za którymś razem, myślę: „A, zadzwonię do tego radia i zobaczę. Babcia mi mówiła, że mam głos, to spróbuję”. (uśmiech) I tak zostało.

Freepik

Jak przygotowujesz się do pracy?

Siadam wieczorem, patrzę, co się działo przez cały dzień, czytam rmf24, Facebooka, Twittera, jakieś swoje portale i inne media. Sprawdzam, co będzie w faktach RMF rankiem, który reporter co przygotował. Idąc spać około północy, jestem już przygotowany na rano. Cokolwiek by się stało, to możemy zrobić program. Idziemy przygotowani, nie idziemy, jak to się mówi w radiu; „na talencie” czy „na golasa”.

Natomiast potem, w trakcie programu, cały czas patrzymy, co dają nasze fakty, co się w nich zmieniło, jakie nowe tematy się pojawiły. Pilnujemy, co leci w śniadaniówkach, a co jest w prasie. Patrzymy, o czym piszą w Internecie. Na bieżąco aktualizujemy to, co chcemy, by pojawiło się w programie. W trakcie programu siedzę za konsoletą, ale przed sobą, na jednym ekranie mam cztery „śniadaniówki” i kanały informacyjne, na drugim kolejne. Mamy końcówki naszych agencji informacyjnych, słuchamy faktów. Na dodatkowym ekranie jest wyświetlony Twitter. Pilnujemy wielu kanałów, różne media, by program był możliwie aktualny.

Kryzys ma również dobre strony. Może być szansą na rozwój, szansą na nowe. „Bajki dla dorosłych” to cykl podcastów w humorystycznej odsłonie. Skąd ten pomysł?

Chodził za mną podcast z bajkami, ale taki grzeczny… A nasza dyrektor anteny zasugerowała, bym zrobił to inaczej – właśnie tak, jak teraz. Dogadałem się z chłopakami, z którymi razem tworzymy kolektyw „Radiowcy bez cenzury”. Okazało się, że to się bardzo spodobało, a Bajki bardzo wysoko się uplasowały. To jest dobre i śmieszne. Mówiliśmy, że dziennikarstwo się zmienia? Tak, radio bardzo mocno weszło w podcast.

Skoro rozmawiamy o bajkach, chcę zapytać się o Twoją nową książkę,  bajkę pt. Juleczka z pudełeczka. O czym będzie i do kogo jest skierowana ?

To jest typowo pandemiczna historia. Kładliśmy się z córką na dywanie i zaczęliśmy opowiadać sobie historie. Robiliśmy to w taki sposób, że nie wiedzieliśmy, dokąd nas zaprowadzi dana bajka. Powiedziałem kilka zdań, ona też albo mówiła: „mów dalej tato, ty, bo to fajne jest”, albo nie pozwalała mi mówić, bo: „teraz ja, teraz ja”. Historia zaczęła się układać w całość. Udało mi się ją dokądś doprowadzić, tak a vista. Troszeczkę się tego uzbierało, więc zacząłem spisywać na gorąco – zaraz po tym, jak córa usnęła. Gdy już doszło do ponad trzydziestu, to wybrałem dwadzieścia cztery z nich. W międzyczasie okazało się, że punktem wspólnym wszystkich opowieści są zaczarowane kredeczki, czyli Juleczka i kredeczki z pudełeczka. To bardzo długi tytuł, więc żeby nikt nie musiał się męczyć, to został skrócony do Juleczka z pudełeczka. Dwadzieścia cztery opowiadania o kredeczkach z pudełeczka – książka właśnie się drukuje.

Papierowa czy ebook?

Oczywiście, że papierowa. Taka książka-książka. Marzy mi się, aby kiedyś jakieś dziecko siedziało w tramwaju i czytało właśnie te opowieści. Zaprosiłem do tego projektu Lucynę Olbratowską, graficzkę i rysowniczkę, żonę Tomasza Olbratowskiego,  felietonisty, żeby przygotowała rysunki. Bajka jest dla dzieci w takim wieku, w jakim jest moja Julka, bo to są opowiadania wymyślone przez czterolatkę.

Ja lubię „słowo”, a mam wrażenie, że książki dla dzieci wydawane ostatnio skupiają się tylko na ilustracjach. Przynajmniej ja na takie trafiam – wielka książka, wielkie rysunki, wielka kartka a masz na niej tylko dwie, trzy linijki tekstu. Przeczytasz i przekartkujesz w jeden wieczór. A ja bym chciał, żeby można było czytać dzieciom, spędzając razem czas. Trzeba rozbudzić w nich ciekawość świata, wrażliwość na niego i wyobraźnię. Po to są książki, po to jest ten tekst w nich.

Jakie to uczucie być twórcą, autorem książek?

Jest śmiesznie. Widzisz taką książkę, stoi ci na półce i jest napisane: „Przemysław Skowron”. No, wiesz, jak to jest. Widziałaś książkę ze swoim nazwiskiem na półce?

Oczywiście. I to w nie jednym miejscu. W bibliotekach, księgarniach, a nawet u Macieja Orłosia na półce w WTS. Czy warto zatem wydawać samemu?

Mam nadzieję, że tak. Robię to po raz pierwszy, ale nie ostatni. Będą kolejne części „Juleczki z pudełeczka”. Myślimy również o audiobooku w przyszłości. Premiera już niebawem. Chcę, aby była prezentem na 1 czerwca, na Dzień Dziecka

Freepik

Czy masz w domu swoje studio nagrań, gdzie tworzysz media?

Mam takie składane – po nagraniu mikrofony i procesory et consortes muszą wrócić do szafy – przydałby się dodatkowy pokój. Niestety nie ma go gdzie zrobić. Niemniej nagrywam w tym rozkładanym studio podcasty, a jakość jest na tyle wysoka, że różne mogę też realizować różne, lektorskie zlecenia.

Ale przez chwilę miałem studio w domu na stałe – gdy byłem na kwarantannie, przez chwilę, we wrześniu, to nasi technicy z radia przysłali mi wielkie wygłuszające gąbki. Zamontowałem je na ścianach w pokoju u córki, na jej dziewczęcej toaletce miałem zainstalowany sprzęt, pozwalający wchodzić na antenę, wraz z mikrofonem RMF-u. Robiłem poranki, siedząc wśród misiów.

Jesteś bardzo pozytywnym człowiekiem. Uśmiech nie schodzi Ci z twarzy. Jak wpłynęła na Ciebie pandemia? Czy coś się zmieniło w Twoim życiu zawodowym?

Ja zawsze mówię, że mam wewnętrzną konstrukcję pogodnego idioty. W związku z czym – choć zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji  – staram się nie przejmować się tym, co się dzieje dookoła. Negatywne emocje nie mogą mną zawładnąć. 

Nie mogę sobie na to pozwolić, jeśli chcę prowadzić poranny program w radiu. Nie mogę tych emocji wnosić do studia. Udaje mi się je zostawić na zewnątrz. Wewnętrzna konstrukcja pozwala mi na bycie w dobrym humorze, na emanowanie dobrą energią i na współpracę z pozostałymi członkami zespołu. Oraz – co najważniejsze – na przekazywanie dobrej energii i pozytywnego nastroju słuchaczom. 

Redakcja Business Intelligence patronem media lnym książki „Juleczka z pudełeczka” autorstwa Julii i Przemysława Skowron.

Headline

Never Miss A Story

Get our Weekly recap with the latest news, articles and resources.